Nazywam się Krzysztof Paweł Szymański i jestem webmasterem tej strony, która jest poświęcona genealogii parunastu rodzin pochodzących z Pomorza – Przywiśla (inaczej: Pomezania, Prusy Górne a po niemiecku Oberland) - Prus Królewskich.
Do tych rodzin zaliczam: Szymańskich (Schimanski), Górnych (Gurna), Nelkowskich (Nelke, Nelchowsky), Lamkowskich (Lemke), Robaczewskich, Dulskich h. Przegonia, Fałkowskich (Falkowskich), Knosowskich (Knossowskich), Kamprowskich, Graykowskich, Bandrowskich, Rutkowskich, Kurzyńskich, Krajnik (Kraynick, Kraynich, Krainik), Cantek (Zantech, Zantek), Jeszke (Jeschke, Joeschke).
Korzenie tych rodzin na Pomorzu sięgają XIV oraz XV wieku. Ponadto do tak szerokiego kręgu rodzin dodaję rodzinę Ferschke (Ferszke) której korzenie pochodzą ze Śląska Opolskiego a serce jest na Pomorzu.
Część tych rodzin należy do mniejszości etnicznej zwanej Kosznajderią, a są to: Nelkowscy (Nelke), Lamkowscy (Lemke) oraz Klinger.
Do listy rodzin dodam rodziny z których pochodzą moi przodkowie: Pepłowscy h. Leliwa z Pepłowa k/Mławy oraz von Tallen Wilczewscy h. Trzy Radła (korzenie z okolic Sztumu) - Szlachta Prus Królewskich, Amenda oraz Górni (Gurna) - korzenie z Kurlandii -te rodziny osiedliły się na pograniczu Mazowsza i Prus (Gródki, Działdowo, Wieczfnia); Stajniak, Bogdańscy, Dyszlewscy, Kurzępa, Kaczorowscy i Goździowscy – sandomierszczyzna (Nasławice, Krobielice); Ziemiccy i Kowalscy – okolice Garwolina (Czarnowiec).
Na początku stycznia 2011 uzupełniłem linię Pepłowskich - von Tallen Wilczewskich o kolejne trzy pokolenia sięgając początku XVIIw. Do swoich przodków dopisałem następujące rodziny: Mokronoskich h. Bogorya z Mokronosa, Sumińskich h. Leszczyc, Mioduskich h. Radwan, Bromirskich h. Pobóg z Bromierza, Czosnowskich, Iwińskich. Dodałem także swoich praprapradziadków z linii Robaczewskich - Nelkowskich: Pawła Rutkowskiego z Wonnej (Rodzina Rutkowskich z Prus Królewskich pieczętująca się herbem Pobóg) wraz z jego żoną Agnieszką Drzewiecką h. Ryś z Drzewicy .
Babcia Leosia... najstarsza z rodzeństwa Bandrowskich a nie Bandrowska a Leszczyńska lub Liszczyńska, co jak wieść gminna niesie panieńskie dziecko Julianny - i tu znajdujemy perwszy znak zapytania: czy faktycznie nieślubne? :-) Według aktu zgonu, który dostałem z USC Świecie nad Osą, ojcem Leokadii był Franciszek Bandrowski a matką Julianna - i tu jest drugi znak zapytania: nie wymieniono jej nazwiska panieńskiego, podobnie nie podano nazwiska panieńskiego Leokadii - dziwne. Drugim faktem odkrytym jest inna data urodzenia: 25 stycznia 1879r. oraz miejsce: Bruzdawa Duża a nie Nieżywięć - tylko gdzie jest (była?) ta wioska/miejscowość/przysiółek/wybudowania.. bo jak jest "Duża" to i może być (mogła być) "Mała"... lecz na obecnych mapach nie ma takiej nazwy :-( , z podobnych nazw jest w pobliżu Nieżywięć i Kruszyn miejscowość o nazwie Brudzawy - czyżby ktoś się pomylił?
Zmiany które naniosłem a dotyczące Jana Lamkowskiego wynikły z otrzymania z USC Kisielice odpisu aktu zgonu, w którym było podane miejsce urodzenia: Kruszyn. Odszukałem dwa miejsca o tej nazwie: pod Włocławkiem i na kierunku Bydgoszcz - Piła. Obydwa te miejsca nie pasowały mi do rodziny - zbyt dalego od Prus czy Kaszub. Wtedy program podpowiedział mi że może to być nie Kruszyn a Kruszyny - tak jak napisałem w artykule są blisko Jabłonowa, Nieżywięć oraz Jaguszewic - pasuje i to jak bardzo... ale.... Szukając dalej natrafiłem na Kaszubach, w gminie Brusy na wioskę KRUSZYN obok wioski Lamk (tego nie trzeba tłumaczyć!) - obie wioski należą do parafii Leśno, gdzie jest spora gromadka Lamkowskich zapisanych w księgach (o tym wkrótce już w nowym artykule) - czy to może jednak będzie jednak Kruszyn a to może znaczyć że urzędnik jednak nie pomylił się w przepisywaniu aktu zgonu? No i nadal pozostaje otwarty "problem" Lamkowizny czy jak chcą inni Lemkehof na ziemii brodnickiej...
Zapewne tym artykułem namieszam w drzewie genealogicznym Rodziny Lamkowskich. Fakty, które ustaliłem już umieściłem na mojej stronie a dotyczą mojego prapradziadka Jana Lamkowskiego - a co udało mi się ustalić? Przede wszystkim poprawną datę narodzin: 22 kwietnia 1876r. oraz miejsce narodzin: Kruszyny, gm. Bobrowo, pow. Brodnica - wieś przy drodze pomiędzy Brodnicą a Jabłonowem Pomorskim. A co jest najważniejsze ustaliłem rodziców - poprzednie informacje wskazywały na to że rodzicami Jan Lamkowskiego urodzonego 1876r. są Jakub i Anna z Lorkowskich Lamkowscy - okazało się że tak jest lecz... są oni rodzicami innego Jana Lamkowskiego! Moimi praprapradziadkami, czyli rodzicami Jana są Franciszek i Katarzyna z Suchockich Lamkowscy.
Drugą sprawą są dane córki Jana i Leokadii z Leszczyńskich Lamkowskich - Stanisławy - mojej prababci, która urodziła się w Jaguszewicach w 1899r. - czyli tu też nastąpiła zmiana. Jej mama -...
Otrzymałem dokumenty dotyczące rodziny Szymańskich - Franciszka i Marianny z Fałkowskich Szymańskich - są to świadectwa urodzin, ślubów i zgonów od roku 1874r. Na podstawie tych dokumentów dokonuję zmian i uzupełniam dane. Dodałem rodziców i rodzeństwo Franciszka Szymańskiego. Dokonałem też zmiany miejsc urodzenia.
01.04. 2011 - dodałem mojego bezpośredniego przodka w linii męskiej Michała Szymańskiego wraz z żoną Dorotą zd. Różycką -
dodane 02. 05. 2011: nazwisko panieńskie Doroty Szymańskiej raczej winno się pisać: ROSICKA - tak według wspomnień mojego taty nazywała się prapraprababka i takie nazwisko widnieje na dalszych dokumentach.
Została przeze mnie podjęta próba zlokalizowania Szafasów (Salassen). W tym celu wykorzystałem pruskie mapy topograficzne (w załączeniu) oraz opis z poprzedniego artykułu. Po niemiecku DOBRA lub MAJĄTEK to GUT - i taka nazwa znajduje się na mapie. DOBRA/GUT można odnaleść w pobliżu Swięte w kierunku do jeziora Święte. Co też może potwierdzać fakt, że Franciszek Szymański był nadzorcą jezior, m.in. jeziora Święte. Zakładając że jednym z dwóch dzierżawców był przodek Szymański, które dostał DOBRA/GUT w 1828 roku można stwierdzić że jest to najstarszy obecnie zapis na temat zródeł pochodzenia rodziny Szymańskich.
Szałasy, niem. Salassen, dobra, pow. grudziądzki, gm. Łasin, parafia katolicka Święte, Szałasy należały dawniej do dóbr Święte, osobno istnieją dopiero od połowy zeszłego wieku.
„Osadnicy siedzieli tu na prawie emfiteutycznem i czynili tłokę w Świętem. Według ostatniego kontraktu płacił każdy z nich 7 talarów czynszu, 1 gęś, 2 kury, 1 mędel jaj, przez jeden dzień wywoził nawóz w 4 konie, musiał zorać 400 kw. prętów ugoru, pomagać 2 dni w żniwa, zawieść 36 korcy żyta 4 mile daleko, ósemkę drzewa zwieść z boru i dostawić potrzebne podwody przy budowlach, pomagać przy sianożęciu, 9 dni pracować sierpem albo kosą. W 1828r. zrzekł się dziedzic ze Świętego swego prawa i nastąpiło uwłaszczenie dwóch ówczesnych dzierżawców, którzy otrzymali 184 mr. i 166 kw. prętów za opłatą rocznej renty w kwocie 20 tal. (ob. „Gesch. d. Graudenzer Kr." Ton Froehlich, II, 289)
Odnalazłem akt zgodu mojej praprababki Marianny Szymańskiej zd. Falkowskiej - a raczej winno się pisać Fałkowskiej - tak wynika z mojego śledztwa. Marianna Szymańska urodziła się 16 marca 1866 w Podlasku, rodzicami byli: Fryderyk Fałkowski i Ewa Knossowska (Knosowska?). W załączeniu jest kopia aktu zgonu.
Marianna Fałkowska wyszła za mąż za Franciszka Szymańskiego w dniu 5 maja 1882r. Ślub odbył się w Szałasach k/Święte.
W Księdze Małżeństw Parafii rzymsko-katolickiej w Radzyniu Chełmińskim odszukałem wpis dotyczący małżeństwa Paulusa (Pawła) Dulskiego z Marianną Graykowska - czyli moich 4 x pradziadków. Wpis ten dokonano w 28 stycznia 1802 roku (zdjęcie księgi w załączeniu - lepszej jakości zdjęcie znajduje się w albumie "Historia").
Okres okupacji niemieckiej i sowieckiej w latach 1939-1945 był bardzo trudnym dla Polaków. Ludzie, którzy zamieszkiwali tereny polskie różnie się zachowywali. Znaleźli się w sytuacji wyjątkowej. Sami nie umieli się odnaleźć. Bardzo często podejmowali decyzje, które nie były zgodne z ich przekonaniem politycznym lecz pod wpływem lęku o własne życie. Opiszę historię mojej rodziny, to jest mojej prababci i pradziadka Heleny Żywickiej i Bronisławie Szymańskiego.
W kwietniu roku 1939 Helena i Bronisław biorą ślub w malowniczej miejscowości na Kociewiu –Lubichowo. Po ślubie zamieszkują w miejscowości Szteklin . Pracują na swoim gospodarstwie rolniczym. Pradziadek i prababcia byli bardzo szczęśliwi i pełni nadziei na szczęśliwe małżeństwo. Lato w roku 1939 było bardzo dziwne. Ich uwagę zwrócili Niemcy mieszkający w Szteklinie, którzy bardzo dziwnie się zachowywali. Latem zaczęli malować dachy swoich domów na kolor zielony, lub kładli zieloną dachówkę. Polacy byli bardzo zaskoczeni ich zachowaniem. Pierwszego września wybuchła wojna. Niemcy zaczęli bombardować całą Polskę. Nastała okupacja. Niemcy wkroczyli na teren Polski ,również na wieś kociewską Szteklin. Wyjaśniła się sprawa malowania przez Niemców dachów. Wiedzieli kto swój a kto obcy. Kolor dachu podał im tę informację. Miejscowa ludność Niemiecka wraz z władzami okupacyjnymi rozpoczęła represję ludności wsi. Zmuszano Polaków do podpisywania volkslisty czyli uznanie się za Niemców. Tych ,którzy nie chcieli podpisać i uważali się Polakami wywożono do obozów lub rozstrzelano na miejscu. Wszystkich niewygodnych Polaków z rejonu Kociewia i kaszub wysyłano do obozu w Potulicach. Między innymi wysłano tam siostrę i dwóch braci prababci, którzy zostali wyrzuceni z gospodarstwa rolniczego w Więckowach. Oni nie podpisali volkslisty. Natomiast mojej praprababci Stefanii mieszkanki wsi Więckowy koło Skarszew udało się uciec przed wywózką do obozu. Ukrywała się przez całą okupację u mojej prababci w Szteklinie. Jednemu z braci też udało się uciec, ale już w czasie wywózki. Zbiegł on do lasu, gdzie ukrywał się do końca wojny. Pozostali niestety dojechali do obozu w Potulicach. Tam były skrajne warunki do życia. Umierali tam z głodu i wyczerpania, między innymi brat prababci.
W Szteklinie panowała atmosfera strachu i przerażenia. Sołtys wsi pochodzenia niemieckiego chcąc ratować swoich współmieszkańców pochodzenia polskiego wpisał ich na volkslistę. Dzięki temu Niemcy pozostawili ich w spokoju lecz zabrali im cały inwentarz. Ciężko pracując i znosząc upokorzenia rodowitych Niemców prababcia i pradziadek żyli z dnia na dzień. W kwietniu roku 1940 rodzi im się pierwszy syn Edwin. Starają się jak mogą by ich dziecko miało godne warunki do życia. Było ciężko. W roku 1942 rodzi im się córka Teresa moja babcia. Cieszą się, że mają dzieci, lecz wieczorami długo zastanawiają się jaki czeka ich los. Marzą o wolnej Polsce znosząc trudy codziennego życia.
Żyjąc w wielkim strachu doczekali się roku 1944.Na wiosnę tego roku Niemcy powołali mego pradziadka Bronisława Szymańskiego do swojej armii. Pradziadek długo zastanawiał się czy wstąpić w szeregi armii niemieckiej. Nie było to zgodne z jego przekonaniem politycznym. Był Polakiem i kochał swój kraj Polskę. Zapisał się na volkslistę dla tego by ratować swoją rodzinę, ale walczyć w szeregach wroga było sprzeczne z jego sumieniem. Po rozważeniu zdecydował się przyjąć powołanie, ponieważ w razie odmowy wszystkich z jego rodziny czekała by śmierć. Po krótkim przeszkoleniu Niemcy wysłali go do Francji. Tam pojechał w mundurze niemieckim.
Pradziadek jechał z nadzieją, że uda mu się zdezerterować. Po przyjechaniu do Francji okazało się, że takich jak on jest znacznie więcej. Pradziadek czekał na odpowiedni moment by wystąpić z armii niemieckiej. Po kilku dniach pobytu w Francji wraz z czteroma kolegami również Polakami przymusowo wcielonymi do wojska niemieckiego zdecydowali się uciec. Pewnej nocy opuścili niemieckie koszary udając się w stronę pobliskiego lasu. Gdy Niemcy zauważyli brak kilku żołnierzy zaczęli przeszukiwać najbliższą okolicę. Lecz pradziadek wraz z kolegami ukrywał się głęboko w lesie. Niemcy ich nie odnaleźli. Zbiegowie błąkali się przez trzy dni w lesie. Byli w obcym kraju, mieli na sobie niemieckie mundury i nie znali języka francuskiego. Byli przerażeni, głodni i przemarznięci. Gdy zobaczyli zbliżających się ludzi pomyśleli, że czeka ich śmierć. Jednak okazało się, że są to francuscy partyzanci. Mimo wielkiego strachu udało im się wytłumaczyć całą sytuację. Używali rąk i języka niemieckiego tłumacząc, że są Polakami zmuszeni do noszenia mundurów niemieckich. W ten sposób uniknęli śmierci. Przez sześć tygodni byli razem z francuskimi partyzantami. W czerwcu 1944 roku Alianci dokonali inwazji. Dla mojego pradziadka i jego współtowarzyszy był to szczęśliwy dzień. Po kilku dniach przybyli żołnierze brytyjscy, którzy zabrali mego pradziadka do Anglii. Tam mój pradziadek zrealizował swoje marzenie i wstąpił do armii wojska polskiego – 6 kresowy Baon Strzelców Pieszych.
Cieszył się, że jest wśród Polaków i będzie walczył dla Polski. Po odbyciu badań skierowano go do kolumny sanitarnej. Odbył tam szkoleniu po którym został kierowcą sanitariuszem. Wysłano go do Szkocji, gdzie opiekował się żołnierzami polskimi i brytyjskimi. Pracował koło Edynburga stolicji Szkocji i bywał na zamku. Mój pradziadek przebywał w Szkocji do roku 1948 .Za swoją służbę otrzymał medal „The war Medal 1939 –1945 „ .
Tymczasem w kraju została prababcia Helena z dziećmi i nie wiedziała gdzie przebywa jej mąż. Znała jego plany ucieczki z armii niemieckiej ,lecz nie domyślała się co naprawdę uczynił jej mąż. Po ucieczce pradziadka z wojska niemieckiego przychodzili do prababci policjanci niemieccy pytając ją o jej męża. Byli ciekawi czy wie gdzie przebywa pradziadek Bronisław. Czy wyrażał się źle o niemieckiej armii. Zasypywali ją tysiącami pytań. Natomiast prababcia naprawdę nie wiedziała gdzie on jest i czy żyje. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Niemcy kilka razy w tygodniu przychodzili i straszyli gestapem oraz obozem koncentracyjnym. Prababcia Helena przechodziła bardzo trudne chwile. Gdyby wiedziała gdzie naprawdę jest pradziadek powiedziała by im ,żeby ratować siebie i dzieci. Jednak kolejny raz przyszedł z pomocą sołtys niemiecki. Był on Niemcem, lecz w chwilach dramatycznych znajdował wyjście .Pomagał Polakom. Mieszkał bardzo długo w Szteklinie i lubił Polaków. Był też szanowanym wśród Niemców. Oni uważali go za swojego. Sołtys długo rozmawiał i przekonywał o niewinności prababci .Udało się jemu wyjaśnić zaistniałą sytuację i niemieccy policjanci w końcu przestali do prababci przychodzić.
Wojna zbliżała się ku końcowi. Wśród ludności rozchodziły się wiadomości o klęsce Niemiec. Prababcia Helena wraz z ukrywającą się u niej mamą Stefanią przetrwali do marca 1945 roku.
Na początku tego miesiąca do Szteklina wkroczyli Rosjanie. Mieszkańcy wsi po raz kolejny ogarnęła panika. Żołnierzy rosyjscy bardzo dziwnie się zachowywali. Okradali domostwa i byli głośni. Największym powodzeniem cieszyły się zegarki. Z tymi zegarkami wiąże się zabawna historia. Prababcia Helena chcąc uchronić jedyny zegarek założyła swemu synkowi na nóżkę .Kręcący się w obejściu Rosjanin ,któregoś dnia zauważył na nóżce dziecka ten zegarek. Zawołał moją prababcię powiedział jej, że on też chce zegarek na nogę. Bardzo mu się spodobał ten zegarek i chętnie za taki zegarek odda trzy zwykłe na rękę. Prababcia zrozumiała w tym momencie jacy żołnierze wyzwalali nasz kraj z okupacji niemieckiej. Oczywiście się zgodziła na taką wymianę zegarków. Po kilku dniach Rosjanie odeszli. Wcześniej odeszli także mieszkańcy wsi Szteklin pochodzenia niemieckiego. Bali się Rosjan i represji z strony Polaków.
Moja prababcia oczekiwała swego męża Bronisława. Nadal nie miała od niego żadnych wiadomości. Ona i pozostali przy życiu Polacy zastanawiali się czy to już wolność, czy mają się jeszcze czegoś spodziewać. Nastały czasy wszechobecnego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego, ale to już inna historia.
Opisując historię mojej prababci Heleny i pradziadka Bronisława ukazałem w jak dramatycznej sytuacji znaleźli się Polacy podczas okupacji niemieckiej. Zmuszani byli do podejmowania natychmiastowych decyzji. Bardzo często niezgodnych z ich przekonaniem politycznym. Byli zastraszeni, przerażeni i nie wiedzieli czy doczekają jutra. Moi pradziadkowie tuż przed wojną byli tacy szczęśliwi. W czasie okupacji musieli walczyć o byt, a potem ta długa rozłąka. Prababcia znosiła upokorzenia z strony niemieckich policjantów. Pradziadek musiał podjąć decyzję niezgodną z jego sumieniem. Ostatecznie i tak udowodnił, że był i jest Polakiem. Sam nie wiem jak ja bym się zachował na ich miejscu. Czy umiałbym żyć w tamtych czasach. Podziwiam mego pradziadka za odwagę i za to, że nigdy nie wyparł się Polski. Ubrał mundur niemiecki, lecz głęboko w sercu wiedział, że przy najbliższej okazji go zrzuci. Prababcia Helena modliła się codziennie by jej mąż zrealizował swoje marzenie. Ona również gdy z nim się żegnała widziała w nim żołnierza Polaka. Mówiła walcz o Polskę i wróć w polskim mundurze. Dziękuję im za ich upór , nie poddanie się w tak trudnych warunkach życia. Również za odwagę i wiarę w nadzieję na lepsze jutro. Dzięki ich silnej woli życia przyszła na świat moja babcia Teresa potem mój tata i ja. Dzięki umiejętności radzenia sobie w sytuacjach krytycznych, oni przeżyli, a ja mogłem opisać ich historię.