|
|
 |
PremiumPlus family site
|
|
|
|
 |
|
|
|
|
|
|
|
| Posted by: Krzysztof Szymański on Jan 7 2009 09:17 |
Mało kto słyszał zapewnie o grupie etnicznej zwanej Kosznajdrami. Nawet osoby noszące nazwiska charakterystyczne dla tej ludności, zamieszkującej pogranicze Pomorza i Wielkopolski, często nie zdają sobie sprawy z jego pochodzenia. Mieli przez stulecia swoją małą ojczyznę na obrzeżach Borów Tucholskich. Była to katolicka ludność niemiecka z okolic Osnabruck (Dolna Saksonia, Westfalia), sprowadzona przez Zakon Krzyżacki na teren Pomorza w XV wieku. W połowie XIV wieku Pomorze było słabo zasiedlone przez ludność słowiańską. Kiedy przybyli tu Krzyżacy, idealny obszar na założenie tu wsi czynszowych, rycerskich, czy arcybiskupich znaleźli na południowych skrajach regionu – pomiędzy Chojnicami, Sępólnem Krajeńskim i Tucholą. Teren był tu bezleśny, z żyznymi czarnoziemami, otoczony bujnymi i bogatymi we wszelakie dobra borami. W połowie XIV wieku istniały tu od 100 lat dwa komturstwa. Zamki w Tucholi i Chojnicach miały strzec szlaków handlowych do Malborka i Gdańska. W 1433 roku oblegane były przez wojska czesko-wielkopolskie i mimo, że się utrzymały, to groziła im zagłada. Wojna spustoszyła okoliczne wsie, brakowało zaopatrzenia. Kolejna misja krzyżacka sprowadziła więc na ten teren osadników z Dolnej Saksonii i Westfalii, później nazwanymi Kosznajdrami. Nazwa prawdopodobnie wzięła się od nazwiska starosty Koszniewskiego, który urząd w Tucholi objął w 1484 roku. „Koschneider”, oznaczało więc po prostu „ludzi Koszniewskiego”. Lud ten, którego populacja w 1920 roku wynosiła ok. 7 tys. osób, żyjący aż do końca II wojny światowej w 19 wsiach, pomiędzy Chojnicami i Tucholą, zajmował się głównie rolnictwem i handlem. Często kojarzony z wielkopolskimi Bambrami, nie zasymilizował się jednak do tego stopnia, co oni z polskimi sąsiadami. Szczególnie uwypukliło to się w XIX wieku. Dla napływających po upadku Rzeczypospolitej na te tereny Niemców, Kosznajdrzy byli „za polscy”, a na dodatek mówili swoistym dialektem. Dla miejscowych z kolei byli „za niemieccy”. Problemem zaczęła być również katolickość Kosznajdrów. Na tym obszarze dominował naówczas protestantyzm. Ta inność Kosznajdrów, których wybitni przedstawiciele zapisali się na trwale w historii polskości Pomorza, była przyczyną ich tragedii. Po 1945 zostali przez bezpiekę siłą wyrzuceni z własnych domostw i deportowani do zachodnich stref okupacyjnych. Tam także, jako „Rucksack Deutsche” (Niemcy plecakowi) nie zostali zbyt chętnie przyjęci przez miejscowych. Rozproszyli się po wszystkich landach. Gazeta Wyborcza, która w 2003 roku zamieściła w swojej bydgoskiej mutacji o Kosznajdrach pionierski artykuł piórem W. Lewandowskiego, nazwała ich „Atlantami – zaginionym ludem”. Kosznajdrzy jednak nie do końca zaginęli. Wiele ich potomków mieszka w Bydgoszczy, Tucholi, Chojnicach, Gdańsku i Poznaniu. Inni wyemigrowali po I i II wojnie światowej do USA i Kanady. Ilu z nich zdaje sobie sprawę ze swojej inności? Kosznajderskie nazwiska: Rhode, Panske, Senske, Rink, Pankau, Schwemin, Semrau, Latzke, Patzke, Janowitz, Wollschläger, Risop, Behrendt, Musolf, Nelke, Weinland, Papenfuss, Gersch, Brauer, Schreiber, Thiede, Theus, Gatz, Hoppe, Kuchenbecker, Scheffler, Schwanitz, Klinger, Schmelter, Warnke, Rosentreter, Isbaner, Fethke, Ruhnke i Folleher. |
|
|
|
|
| Posted by: Krzysztof Szymański on Dec 13 2008 03:57 |
| Krystyna Balicka ZAGŁADA POLICJI POLSKIEJ Jako córka zamordowanego policjanta II Rzeczypospolitej i naoczny świadek prowadzonych do sowieckiej niewoli -w stronę Podwołoczysk - policjantów z Tarnopola, zebrałam najważniejsze informacje, które przekazuję młodzieży i młodym policjantom dla upamiętnienia i ukazania prawdy o losach w 1939 r. funkcjonariuszy Policji Państwowej II Rzeczypospolitej. Przed 65 laty rozpoczęła się droga krzyżowa narodu polskiego. Tyle lat minęło od wydanego przez ówczesnych władców Kremla wyroku skazującego na śmierć niewinnych synów naszego narodu, a ich rodziny na wywóz na nieludzką ziemię. Rozpoczęła się Golgota Wschodu. Dlatego my dziś wspominamy bolesną rocznicę śmierci naszych ojców, którzy jesienią 1939 r. opuścili swój dom rodzinny, stając w obronie Ojczyzny, i nigdy już do niego nie wrócili. Losy policjantów polskich, oficerów Wojska Polskiego, funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz służb więziennych, którzy znaleźli się 17 IX na wschodnich terenach Rzeczypospolitej, były tragiczne. Wzięci do niewoli bądź podstępnie aresztowani zostali skierowani do sowieckich obozów jenieckich, mimo że wojna formalnie nie była wypowiedziana. Komendę i administrację obozów oraz ich straż objęła osławiona służba bezpieczeństwa NKWD, a nie oddziały wojskowe. Sprawa jeńców z Kozielska była dość łatwa do badania, gdyż w 1943 r. odnaleziono ciała pomordowanych oraz dokumenty. Natomiast losy obozu policyjnego w Ostaszkowie i obozu w Starobielsku były zdecydowanie trudniejsze do wyjaśnienia. Wiadomo jedynie, że zginęli w sposób gwałtowny, podobnie jak w Katyniu, ale przez wiele lat nie zdołano ustalić ponad wszelką wątpliwość, gdzie znajduje się miejsce kaźni. Pierwszymi ofiarami sowieckiej agresji byli żołnierze i oficerowie Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy usiłowali bronić wschodniej granicy polskiej, oraz policjanci. Zostali oni ewakuowani z zachodnich terenów Polski na linię poza Bug. Rozstrzeliwano Ich pojedynczo lub grupowo. Tak postąpiono z grupą wziętych policjantów, harcerzy i żołnierzy w rejonie Wilna, Grodna, gdzie zamordowano 130 policjantów, podchorążych i uczniów szkół średnich, dobijano rannych obrońców miasta. Na Polesiu rozstrzelano 150 policjantów, również na rogatce Lwowa miały miejsce zbiorowe mordy policjantów. Najtragiczniejszy epizod wojny obronnej miał miejsce w szkole policyjnej P.P. w Mostach Wielkich. W tym dużym i najnowocześniejszym w Polsce ośrodku kształcono około 1000 policjantów. We wrześniu 1939 r. oprócz kursantów stacjonowały tu grupy policjantów ze Śląska. Po zajęciu szkoły przez wojsko sowieckie jej komendant inspektor Witold Dunin-Wąsowicz sądził, że policjanci będą traktowani zgodnie z konwencjami międzynarodowymi jako jeńcy wojenni. Zgromadził więc na placu apelowym cały stan osobowy szkoły i zameldował go oficerowi NKWD. Ten zaś wydał rozkaz otwarcia ognia z karabinów maszynowych do bezbronnych policjantów. Wszyscy zginęli. Pod Mokranami rozstrzelano 50 oficerów i podoficerów z batalionu marynarzy Flotylli Pińskiej. Wypadki mordów zdarzały się także w innych miejscowościach -w Oszmianie, Wołkowysku, Tarnopolu, Sarnach, Małodecznie, Złoczowie, Borszczowie i Dąbrowicy. Bardzo trudno ustalić straty Policji Państwowej we wrześniu 1939 r. Liczbę poległych i zamordowanych na terenie Polski szacuje się na około 4-5 tysięcy. Do niewoli sowieckiej dostało się prawie 15 tysięcy policjantów, większość z nich trafiła do łagrów, z których nie było już powrotu. Również nie wiemy, ilu zatopiono na Morzu Białym, bo według zeznań żony kapitana, aresztowanej i więzionej w obozie pracy w Komi ASSR, pani Katarzyny Gąszcieckiej, z Archangielska płynęła barką z 7 tysiącami innych uwięzionych, przez Morze Białe do ujścia rzeki Peczory. Siedziała i płakała nad swoim i męża losem -wówczas starszy wiekiem Rosjanin okazał jej współczucie i nawet sam zapłakał. Opowiedział jej, że był świadkiem zatopienia tu na Morzu Białym trzech barek z naszymi oficerami, przeważnie policjantami. Gdy pytała, czy się ktoś uratował - powiedział -wszyscy poszli na dno. - Był policjantem, to wystarczy, by go rozstrzelać - powiedział na jednym z przesłuchań szef kalinińskiego NKWD Dmitrij Stiepanowicz Tokariew, późniejszy generał bezpieczeństwa państwowego w Kazaniu. Policjanci polscy nie mogli się spodziewać ze strony Rosjan jakiejkolwiek litości i wyrozumiałości. Uważano ich za główne narzędzie międzywojennego burżuazyjnego państwa i zakwalifikowano ich do kategorii więźniów przeznaczonych do całkowitej likwidacji. Policjanci transportowani byli do Ostaszkowa z obozów przejściowych. Ten, zlokalizowany 300 km na północny zachód od Moskwy, miał być obozem policyjnym o obostrzonym rygorze. Mieścił się na wyspie Stołbny na jeziorze Seliger. Warunki pobytu były znacznie gorsze niż w Kozielsku i Starobielsku. 92 osoby zmarły po miesiącu. Jeńcy spali na gołych deskach. Wszelkim wymogom urągał stan sanitarny. W ciasnych zarobaczonych blokach było brudno i wilgotno. Niedożywienie, ciężka praca i zimno powodowały liczne choroby. Decyzja o zagładzie jeńców zapadła 5 marca 1940 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC. Likwidacja obozu w Ostaszkowie rozpoczęła się 4 kwietnia i trwała do 19 maja. Nad sprawnym przebiegiem operacji czuwał funkcjonariusz centrali NKWD Błochin. Codziennie partie jeńców pędzono do stacji kolejowej Soroga, gdzie upychano ich w wagonach więziennych i przez Bołogoje transportowano do Kalinina (obecnie Twer) do siedziby zarządu NKWD. Do wieczora przetrzymywano ich w piwnicy, a po zmroku rozpoczynał się ostatni akt dramatu. Rozstrzeliwania trwały do świtu. Ciała pomordowanych wywożono o świcie samochodami do lasu nad rzeką Twercą koło Miednoje, gdzie znajdował się ośrodek wypoczynkowy NKWD. Tak, to był polski Holocaust. To polska Golgota Wschodu. Nie możemy o tym zapomnieć i winniśmy przekazywać tę prawdę młodzieży, bo my - córki i synowie pomordowanych policjantów - jesteśmy ostatnim pokoleniem, które to przeżywało, żegnało i widziało wywożonych ojców. My pamiętamy i historię naszych ojców dobrze znamy - praca w policji była i jest najbardziej niebezpieczna i odpowiedzialna. Osiągnięcia policji w okresie międzywojennym były naprawdę niemałe zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym. W ciągu 20 lat stworzono instytucję policyjną stojącą, na wysokim poziomie sprawności zawodowej i intelektualnej. Polska była ponadto współzałożycielem Międzynarodowej Komisji Policji Kryminalnej (Interpolu). Funkcjonariusz polskiej Policji musiał charakteryzować się nieskazitelną przeszłością, wyrobieniem społecznym oraz właściwą postawą moralną i służbową. Policjant identyfikowany był z patriotą - byłym powstańcem, obrońcą Kresów Wschodnich, wreszcie aktywnym uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej lat 1919-1920. Na Ich piersiach widniały najwyższe oznaczenia -ordery Virtuti Militari, Krzyże Walecznych, Krzyże Zasługi. Wychowywali swoje dzieci w duchu patriotycznym, w miłości do Ojczyzny. Pamiętam - gdy się mój ojciec ze mną żegnał, powiedział: Bądź mądra, odważna, dzielna i pracowita jak na Polkę przystało, tak że jak kiedyś wrócę, będę mógł stwierdzić, że byłaś godna być moją córką. Niestety nie mogłam mu powiedzieć, że wypełniłam Jego wolę. Nie wrócił. W czasie okupacji pracowałam w AK i podziemnym harcerstwie. I obecnie pracuję społecznie, ażeby dać świadectwo prawdzie. Wspomnienia o naszych Ojcach odtwarzamy z dokumentów, fotografii i zakamarków własnej pamięci, ale czujemy, że to jeszcze nie wszystko do całości obrazu cierpień i śmierci naszych Ojców. Należałoby odtworzyć Ich przeżycia wewnętrzne związane z tragicznym losem. Ich rozpacz, tęsknotę, cierpienie. Byli przecież ludźmi wolnymi, niewinnymi, mieli prawo do życia, które kochali. Dlatego na tablicy kaźni w Twerze wypisaliśmy słowa: Wy, skrytobójczo w tym miejscu polegli, niewinni, wierni i już niepodlegli. |
|
|
|
|
| Posted by: Krzysztof Szymański on Oct 31 2008 05:29 |
Po Wojnie Trzynastoletniej i po zawarciu drugiego pokoju toruńskiego, król Kazimierz Jagiellończyk nadał dwóm rycerzom pochodzacym z Saksonii o nazwisku Wurm (po niemiecku: robak lub smok o dwóch łapach z dużym ogonem) w podzięce za męstwo dwa majątki: w Szwarcenowie (Szwarcenowo - Schwarcenau) oraz w Wonnie (Wonna). Do XVIw. w dokumentach widnieje nazwisko Wurm wraz z określeniem Freiherr czyli Pan. W okresie Potopu Szwedzkiego pojawia się nazwisko Robak. Po zakończeniu Potopu, król Jan Kazimierz nagradza rodzinę poprzez uszlachcenie i nadanie jej nazwiska Robaczewscy. Rodzina w podzięce stawia wraz z innymi mieszkańcami w Szwarcenowie kościół na miejscu poprzedniego, spalonego przez Szwedów. kościół jest postawiony na kurhanie i otoczony cmentarzem, gdzie znajdują się groby rodziny (najstarszy z 1750r.) . W połowie XIXw. rodzina Robaczewskich posiada spory majątek do którego należą: ok. 150ha ziemii upraw...
|
|
|
|
|
| Posted by: Krzysztof Szymański on Oct 31 2008 05:18 |
| Najstarszy dokument w którym wystepuje nazwisko Lemke pochodzi z 1344 roku, w którym to dokumencie jest zapisane że, komtur z Tucholi Konrad Vullekopp sprzedaje młyn Lamk młynarzowi Lemke. Młyn działa do dnia dzisiejszego, a rodzina młynarza spolszczyła swoje nazwisko zmieniając je z Lemke na Lamkowscy - od nazwy młyna LAMK. W dokumentach niemieckich występuje wieloraki rodzaj pisowni nazwiska rodziny, m.in: Lemke von Lamk lub Lemke. Taki stan rzeczy zanika w XVIII w. w którym wystepuje już tylko nazwisko Lamkowski. Dopiero w 1914 roku znów pojawia się nazwisko Lemke, a jest to spowodowane zmianą pisowni która jest powiązana z powołaniem do Armii Pruskiej jednego z mężczyzn - Stanisława Lamkowskiego. Podczas II Wojny Światowej, niektórzy członkowie rodziny Lamkowskich podpisali tzw. volksliste i zmienili nazwisko na Lemke. |
|
|
|
|
| Posted by: Krzysztof Szymański on July 2 2008 17:02 |
W drzewie mam 1788osób. Skupiłem się na rodzinach: Szymańskich, Lamkowskich (Lemke), Robaczewskich, Nelkowskich (Nelke), Górnych, Krajnik, Cantek, Ferszke, Bandrowskich, Stajniak, Kapturczak, Jakubowskich, Kulasińskich, Bartkowskich, Domżalskich, Wierzejewskich, Dulskich Rumińskich... okazało się że historia Pomorza odcisnęła swoje piętno na naszych rodzinach - 400 lat historii przekłada się na koligactwie, powinowactwie i pokrewieństwach.... okazało się że mam podwójnych kuzynów a ze swoją żoną jest skoligacony przez siostry Krurzyńskie i rodziny Cantek oraz Robaczewskich. Moi rodzice mają wspólnych kuzynów poprzez braci Krajnik - Augustyna i Piotra - policjantów zamordowanych przez NKWD W Katyniu. Wśród rodziny są, jak i byli i obecnie politycy - przykładem tego jest Alojzy Robaczewski, który był posłem z powiatu lubawskiego na Sejm Dzielnicowy - pierwszy Sejm II RP! Historia jest piękna i...
|
|
|
|
|
|
|
| The site was last updated on Jan 07 2009 12:55, and it currently has 139 members |
|
|
 |
|